Wstaję o piątej, śpię na kanapie, nie z Sabriną, bo ona śpi z małym i na mnie już nie ma miejsca. Wstaję i ubieram się, zawsze jak najgrubiej, bo mnie jest zawsze zimno. Sabrinie nigdy nie jest zimno, tłuszcz ją grzeje, przelewa go na dziecko w śnie.
Ubieram się, łykam kawy i wychodzę. Zaczynam dzień.
Pracuję jako Pan Kanapka.
Beze mnie szefowie korporacji padliby wszyscy z głodu, znam ich sekrety, jak zamawiają zestawy suszi a potem i tak wtryniają bułę z pastą jajeczną ode mnie. Przemykam się po biurach jak cień, z debilną maksymą "coś do jedzonka dla Pana?", a oni tylko nieznacznie dają znak, żebym się zbliżył i zamknął za sobą drzwi.
Jestem ich tajemnicą, jestem ich śniadaniową kochanką.
Pracuję do piętnastej, mimo wczesnej podbudki nie jestem nawet śpiący.
piątek, 15 kwietnia 2011
czwartek, 8 kwietnia 2010
niedziela, 4 kwietnia 2010
od Jahne Walerianczyk
z cyklu blog Ateny-Izrael lato 2010. czyli dziennik futurystyczny o tym czego nie ma ale byc moze.
Adam, Mroux, Horcia (?)i ja skończyliśmy w przypadkowym klubie, a potem u Szlomiego, co studiuje filmoznawstwo, maluje ploty i jest najwiekszym dilerem w Hell Avivie, oglądając nad ranem film o Francuzce włóczącej się po rumuńskiej prowincji. Dziewczyny zasnęły Adamkowi na ramieniu.
(...)
Poszlismy dziś na bardzo długi spacer do dzikiego parku na końcu Shenkin, przy skwerze Dizengoffa (mimo, że jak dla mnie przyroda mogłaby być z bezwonnego plastiku). Doszliśmy do zarośniętego kamienia, z którego ciągle nie zdjęto tablicy upamiętniającej żołnierzy poległych w czasie kampanii synajskiej 1956.
Widzieliśmy wokalistę zespolu Mofaa Haarnavot szel Doktor Kasper (Apperance of rabbits of Doktor Kasper). Wychodzil z urzedu pracy.
(...)
Mru dziala na Zydow jak psychocukier.
(..)
Na Rotszildzie dzikie tlumy, omijamy rozchachane dzieci z balonami i mlodziencow ociekajacych hummsuem z pity. Adamek staje na srodku ulicy i parodiuje Lizarda, gdy mówił do Gilety: "Kocham Cię od stuleci. Dla Ciebie udaję ogrodnika".
(...)
Ale ta nocna Jerozolima... I ci Arabowie stojacy przed sklepami i knajpami, bez slowa, nieruchomo, wpatrzeni w ulice jak w wykaligrafowane imie Allah.
(...)
Nie poszliśmy na turpistyczne sushi, ani do Marrakesh baru. Poszliśmy tam, gdzie chodzimy, gdy chcemy, aby wieczór skończył się utraconą czcią Adama B.
(..)
Mru i Adamek rysuja na serwetkach komiksy w kawiarni Aroma przy Rehov Shenkin, ja mam niestety talent tylko do długich tyrad, które wygłaszam niezmordowanie jak Fidel Castro do swoich współwięźniów. Gdybym umiała pisać tak jak potrafie mówić, byłabym bogata. Komiksy Adamka sa pelne cynizmu i czułości, a Mru rozowego egzystencjalizmu i szlachetnej melancholii.
Adam, Mroux, Horcia (?)i ja skończyliśmy w przypadkowym klubie, a potem u Szlomiego, co studiuje filmoznawstwo, maluje ploty i jest najwiekszym dilerem w Hell Avivie, oglądając nad ranem film o Francuzce włóczącej się po rumuńskiej prowincji. Dziewczyny zasnęły Adamkowi na ramieniu.
(...)
Poszlismy dziś na bardzo długi spacer do dzikiego parku na końcu Shenkin, przy skwerze Dizengoffa (mimo, że jak dla mnie przyroda mogłaby być z bezwonnego plastiku). Doszliśmy do zarośniętego kamienia, z którego ciągle nie zdjęto tablicy upamiętniającej żołnierzy poległych w czasie kampanii synajskiej 1956.
Widzieliśmy wokalistę zespolu Mofaa Haarnavot szel Doktor Kasper (Apperance of rabbits of Doktor Kasper). Wychodzil z urzedu pracy.
(...)
Mru dziala na Zydow jak psychocukier.
(..)
Na Rotszildzie dzikie tlumy, omijamy rozchachane dzieci z balonami i mlodziencow ociekajacych hummsuem z pity. Adamek staje na srodku ulicy i parodiuje Lizarda, gdy mówił do Gilety: "Kocham Cię od stuleci. Dla Ciebie udaję ogrodnika".
(...)
Ale ta nocna Jerozolima... I ci Arabowie stojacy przed sklepami i knajpami, bez slowa, nieruchomo, wpatrzeni w ulice jak w wykaligrafowane imie Allah.
(...)
Nie poszliśmy na turpistyczne sushi, ani do Marrakesh baru. Poszliśmy tam, gdzie chodzimy, gdy chcemy, aby wieczór skończył się utraconą czcią Adama B.
(..)
Mru i Adamek rysuja na serwetkach komiksy w kawiarni Aroma przy Rehov Shenkin, ja mam niestety talent tylko do długich tyrad, które wygłaszam niezmordowanie jak Fidel Castro do swoich współwięźniów. Gdybym umiała pisać tak jak potrafie mówić, byłabym bogata. Komiksy Adamka sa pelne cynizmu i czułości, a Mru rozowego egzystencjalizmu i szlachetnej melancholii.
piątek, 2 kwietnia 2010
nasza klasa.
Jest święto! Wycieczka do kina. Na film o powstaniu, o wojnie, o ruinach byśmy pamiętali. Wszyscy są podnieceni, łażą tam i siam, chichoczą, krzyczą, trzymają się w grupkach. Najgłośniej się śmieją Mariola i Aneta, dwie największe laski w klasie. One wszystko mogą, im wszystko wolno bo mają spódniczki dżinsowe daleko powyżej kolan. Są też chłopacy, najbardziej Sebastian w którym wszystkie się kochają ale on chodzi z Anetą, oczywiście. Jego brat ma samochód i oni mają tam schadzki, wszyscy fajni ludzie w klasie wiedzą ze szczegółami, co się tam dzieje. Ale są też niefajni, co nic nie wiedzą, płaczą po nocach gryząc kołdrę i wyobrażając sobie delikatne pocałunki, romantyczne, z Sebastianem. Albo z wampirem Pattinsonem. Ale to niemożliwe, bo nawet w szatni, jak są wszystkie niby półnagie po równi, widać różne szczepy i klasy społeczne. Bo fajne dziewczyny są wydepilowane porządnie (nie mają uczulenia ani się nie zacinają). Opalone są i mają piercing w pępku. Nie mówiąc już o bieliźnie. Wtedy Anka, jedna z niefajnych, wstydzi się bawełnianego stanika w snupiego i pełnych majtek. Stringów też by się wstydziła. Ona się w ogole wstydzi, tylko sama nie wie czego. Siebie chyba.
Uwaga! Autobus. Wchodzimy!
Pchają się, piszczą. Aneta pośrodku, przy drążku do trzymania się stoi jak przy rurze, okręca rzęsami, wije. Chłopacy tuż obok, niemal spijają jej mejkap, ośliniają grzywkę. Grzeczni sobie siedli, bo było kilka wolnych miejsc. Obserwują, jak zwykle - ale udając, że wcale nie.
Jeszcze dwa przystanki, i kino. Będzie ciemno i schronienie. Może i film będzie chociaż ciek--------------------------------------------------!
nagle
hałas, trzask, zderzenie czołowe, błyskawica, wszystkich odrzuca-
wypadek jak inne, ale dużo ofiar, bo samochód wbił się w autobus i zabił niektórych
jakiegoś pana z teczką na laptopa, kobiete w średnim wieku.
Uczniów dużo.
Już karetki, niektórym się już nie da pomóc. Kto przeżył, patrzy nie widząc, na chodniku w kałuży krwi leżą koleżanki i koledzy.
Mariola wyje, dziewczyny pochlipują, zszokowane. Chłopacy też, wszyscy dzwonią do matek.
Będzie to w wiadomościach.
Piotrek nie żyje, wyleciał przez okno, syn wychowawczyni też. Anetę drąg przebił na pół.
Rozpacz i koszmar, stłuczone szkło. Tylko Anka niewyraźnie się uśmiecha.
wtorek, 30 marca 2010
zadraśnij mnie paznokciem, a tryśnie krew. Tyle z moich wad.
Uwielbiam patrzeć na Jahne kiedy je: pochłania czy to suszi, czy kanapkę z pastą z makreli jakby nigdy wcześniej nie jadła, ale będąc ciągle damą, jakby zżerała razem z kaloriami te wszystkie książki, seanse, spektakle o których mi potem mówi. A potem popija papierosem.
niedziela, 28 marca 2010
wymazy
/To była bardzo udana wizyta, powiedziała mi znajoma. U ginekologa. Jestem prawie zdrowa. Jak to prawie, mówię jej - nie można być prawie zdrowym, jak nie można być prawie zakochanym, ktoś już tak kiedyś powiedział. A właśnie, że można - odpowiada - mam drugą grupę, przedrakową, świetne wymazy, wyniki.
Słucham w mętliku tego trochę-nie-zakochania, które im więcej ma ale, tym trudniej nam z tego wybrnąć/
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
